Swieccy Misjonarze Komboniane

Historia Tarekegna- chłopca, który żył na ulicy

Etiopia
Etiopia

Chciałabym opowiedzieć wam historię Tarekegna, który kiedyś był dzieckiem ulicy.Tarekegn pochodzi z niezbyt zamożnej rodziny. Ma oboje rodziców i aż siedmioro rodzeństwa. Tarekegn swego czasu zwykł jeździć ze swoim ojcem do dzielnicy zwanej Zero Amist. Jego ojciec prowadził katechezy w jednym z protestanckich kościołów. Chłopiec jednak zaczął się popadać w złe towarzystwo. W tamtejszej okolicy spotykał dzieci ulicy, które zachęcały go do korzystania z używek, do wychodzenia z nimi na ulicę i żebractwa.

Tarekegn tak się wkręcił, że pewnego razu sam uciekł i pozostał na ulicy. Zaczął tam spędzać całe dnie i noce. Nabrał bardzo złych nawyków. Jego rodzina o tym wiedziała i miała z nim sporadyczny kontakt jako że jego dom znajduje się tuż za Awassą i ojciec pracuje w samym mieście. Tarekegn jednak nikogo nie słuchał.

Pewnego dnia trafił do ośrodka. Zaczął uczestniczyć w otwartych zajęciach. Był jednym z pierwszych chłopców, których przyjęliśmy do ośrodka tuż po rozpoczęciu pandemii. Chłopiec cieszył się, że mógł u nas zamieszkać, ale muszę przyznać, że nie było z nim łatwo. W trakcie jego resocjalizacji mieliśmy z nim różne problemy, których było stosunkowo więcej niż z innymi dziećmi. Tarekegn z biegiem czasu bardzo się zmienił. Był u nas rok. Ostatecznie wszystko dobrze się skończyło i wrócił do domu. Mieszka z rodziną i kontynuuje szkołę. Wierzę, że już tak pozostanie i nigdy nie wróci na ulicę.

Magdalena Soboka, ŚMK Etiopia

Bóg ratuje dzieci naszymi rękami

Barkot children

Od kiedy nasz ośrodek dla dzieci ulicy zaczął działać, Pan Bóg pomógł już wielu dzieciom naszymi rękami. Wierzę, że nasza praca ma sens nawet jeśli zmienilibyśmy życie nawet tylko jednego dziecka. Tymczasem policzyłam wszystkie dzieci, które wysłaliśmy do szkoły, zaopatrując w najpotrzebniejsze ubrania, mundurki, zeszyty i przybory szkolne i którym zapewniliśmy pełne wyżywienie lub których rodzinom ofiarowaliśmy comiesięcznie żywność i środki czystości. Wyszło, że jest ich równo 30. Zmieniliśmy los 30 dzieci! 30 dzieci zaczęło lub wróciło do formalnej edukacji.

Barkot children

Ogólnie pomogliśmy większej liczbie dzieci. Dzieci, których do nas przychodziło, mogło zjeść ciepły posiłek, umyć się, wyprać ubrania i uczestniczyć w zajęciach było dużo dużo więcej. To jeszcze nie koniec, bo nasza misja wciąż trwa i coraz bardziej się rozkręca. Przychodzi do nas wielu chłopców i nadal próbujemy jak możemy znaleźć dla nich najlepsze rozwiązanie, by mieli względnie szczęśliwe dzieciństwo i przyszłość przed sobą. Pan Bóg ma przecież dla nich piękne plany… “Jestem bowiem świadomy zamiarów, jakie zamyślam co do was – wyrocznia Pana – zamiarów pełnych pokoju, a nie zguby, by zapewnić wam przyszłość, jakiej oczekujecie.” Jr 29,11

Magdalena Soboka, ŚMK Etiopia

Bogumiła i Andrzej – świeccy misjonarze kombonianie z Polski

Bogusia i Andrzej

Od młodych lat ciekawił nas świat i ludzie, a misjonarze podczas spotkań zawsze opowiadali ciekawie, że ludzie w Afryce i świecie potrzebują pomocy, wsparcia, poznania Boga.

Bogusia i Andrzej

Przyszedł moment w naszym życiu, że nie musimy już iść do pracy, nie musimy bawić dzieci, rodzice odeszli, a my chcemy jeszcze dać coś z siebie – przydać się ludziom. Dlaczego nie dołączyć do misjonarzy? Dlaczego nie pojechać?

Zaczęliśmy szukać sposobu jak i kto mógłby nas przygotować do takiego wyjazdu. Tutaj pojawiła się przeszkoda – jesteśmy „zbyt wiekowi”, przygotowania są dla młodych ludzi.

Tym czasem do naszej parafii przybył jako ksiądz pomocniczy ksiądz Dawid Stelmach. Okazało się, że jest odpowiedzialny za misje w diecezji poznańskiej – no i potoczyło się…

Wszystko zaczęło się składać. Upłynęło trochę czasu ks. Dawid podał kontakt do Magdy Plekan – świeckiej misjonarki Kombonianki z Poznania (od czterech lat na misjach w Etiopii), która nie zraziła się naszym wiekiem i chętnie by nas widziała w Etiopii, ale musimy  się przygotować. Pomogli nam w tym  Świeccy Misjonarze Kombonianie z Krakowa – są to MISJONARZE – głoszący Chrystusa, nie tylko słowem, ale przede wszystkim czynami, postawami, miłością do bliźnich, odpowiedzialnym wykonywaniem swoich obowiązków, a w dodatku ich domeną to Afryka.

Wyjechaliśmy do Etiopii jako wolontariusze do dwóch ośrodków prowadzanych przez Siostry Misjonarki Miłości Matki Teresy. Jeden w Awassie a drugi w Dire Dawa. Obydwa ośrodki to ośrodki szpitalne i opiekuńcze.

Nie czuliśmy się tam obco  mieliśmy wrażenie, że daleko nie wyjechaliśmy.

Droga dla misjonarza jest pełna niespodzianek, nie zawsze jest tak jak byśmy tego chcieli. Czasami coś niespodziewanego może pokrzyżować plany i oczekiwania.

Okazał się nim koronawirus.Wiemy, że Pan Bóg ma nas w swojej opiece – za każdym z nas stoi, wspiera i oczekuje abyśmy to dostrzegali, zaufali i poddawali się Jego woli.

Dzisiaj uczymy się języka ukraińskiego, bo w planach naszych jest wyjazd do Ukrainy do Kamieńca Podolskiego, gdzie nawiązaliśmy kontakt z polskim księdzem Marcinem. W maju ksiądz przyjeżdża do Polski i zaproponował nam abyśmy z Nim pojechali do Kamieńca Podolskiego i rozeznali sięna miejscu, jak moglibyśmy się tam spełnić. Mamy nadzieję, że tak się stanie – zależy to nie tylko od nas.

Języka ukraińskiego uczy nas Diakon, który jest w Poznaniu na przygotowaniu przed święceniami w maju br. w Katedrze w Kamieńcu Podolskim.

Przybliżył nam obecne warunki oraz sytuację na Ukrainie, zwyczaje, zachowanie ludzi, trochę historii.

To nie Afryka ale Europa. Ukraina jest w stanie wojny z Rosją i jest to bardzo trudna i delikatna społecznie sprawa dla misjonarza. Stawia to misjonarza w szczególnej sytuacji gdzie w cywilizowanej Europie państwa walczą ze sobą.

W dzisiejszych czasach to trudne do zrozumienia, że w Europie może być znowu zagrożenie pokoju.

Bogumiła i Andrzej – świeccy misjonarze kombonianie z Polski

Moja droga do wspólnoty ŚMK

Bartek LMC Polonia
Bartek LMC Polonia

Wychowałem się w katolickiej rodzinie. Jako kilkuletni chłopak wierzyłem gorliwie, choć po dziecięcemu. Chciałem zostać ministrantem, ale rodzice nie zgodzili się, z obawy przed ruchliwą drogą, którą trzeba przekroczyć, by dojść do parafialnego kościoła. Od końca gimnazjum, pod wpływem rówieśników i własnych przemyśleń mój zapał zaczął się ostudzać. Na bierzmowaniu przyjąłem imię Euzebiusz, będąc pod wrażeniem gry Euzebiusza Smolarka. Mam nadzieję, że św. Euzebiusz z Cezarei nie ma mi tego za złe. W liceum zacząłem jeszcze bardziej obojętnieć na sprawy Kościoła i wiary. Modlitwa nie była dla mnie czymś istotnym, do kościoła  chodziłem z przyzwyczajenia, do wielu kwestii moralnych podchodziłem po swojemu. Moja wychowawczyni powiedziała, że niedługo staną się radykalnym antyklerykałem.

Zacząłem studia w Krakowie. Na pierwszym roku było raptem 30 osób, z nikim nie złapałem dobrego kontaktu. Nikt z mojej klasy nie wybrał tego samego miasta, więc czułem się bardzo samotny w tak wielkim mieście. To poczucie opuszczenia skierowało moje kroki do duszpasterstwa akademickiego DAR. Ta wspólnota okazała się moim duchowym ocaleniem. Mieliśmy wspaniałego duszpasterza, który ufał swoim studentom i oddawał im odpowiedzialność. Szybo zacząłem się angażować – prowadzić spotkania formacyjne, organizować pielgrzymki rowerowe,  wyjazdy w góry. Dzięki duszpasterstwu poznałem też Szlachetną Paczkę, gdzie przez wiele lat byłem zaangażowany jako wolontariusz, oraz kombonianów. Ktoś napisał maila na naszego wspólnotowego maila o rekolekcjach wielkopostnych, które prowadzą ojcowie kombonianie przy ul. Skośnej. Zgłosiłem się i znów odkryłem wspaniałe, bliskie oblicze Kościoła. Bezpośredni kontakt z ojcami, nocna indywidualna adoracja Pana, pieśni w suahili, modlitwa Słowem Bożym, Pan Jezus przedstawiony jako afrykańskie dziecko, czas dzielenia się refleksjami podczas Mszy Św… To wszystko było nowe i zachwycające.  Poczułem, że jestem częścią Kościoła.

Na pół roku zawiesiliśmy spotkania naszego niewielkiego duszpasterstwa akademickiego, by przeprowadzić kurs Alpha. W połowie kursu jest weekendowy wyjazd. Nasz duszpasterz nas uwrażliwiał, że podczas tego szczególnego czasu Duch Święty może działać w inny sposób niż zazwyczaj. Wspominał, że mogą wystąpić spektakularne nawrócenia. Byłem zachwycony! Coś takiego chciałem zobaczyć! Nie wiedziałem jeszcze, że będzie chodziło o mnie…

Mimo mojego zaangażowania w wolontariaty i wspólnoty żyłem w grzechu nieczystości. Znałem oczywiście naukę Kościoła, ale ja sam wiedziałem co jest dla mnie lepsze. Byłem hipokrytą, który próbuje usprawiedliwić swoje złe czyny. Na wszystko miałem wytłumaczenie, na zewnątrz byłem gorący, a w środku zimny. Dopiero podczas uwielbienia Pana Jezusa w kaplicy w Krościenku nad Dunajcem Duch Święty wdarł się do mojego zamkniętego serca i w nim zamieszał i zamieszkał.

Razem z moją partnerką zaczęliśmy żyć w czystości. Pobraliśmy się półtora roku później, ale okazaliśmy wówczas się zbyt różni i niedojrzali do roli małżonków. Trzy lata po naszym ślubie żona odeszła ode mnie i od tamtej pory żyję samotnie.

Zacząłem chodzić na spotkania kandydatów do ruchu Świeckich Misjonarzy Kombonianów, pojechałem na doświadczenie misyjne do Gulu w Ugandzie, gdzie podczas modlitwy wstawienniczej Pan Bóg, posługując się inną świecką misjonarką – Marcelą, głębiej otworzył moje serce na Jego Miłość.

Teraz, spoglądając na swoje dotychczasowe życie, widzę, że Pan Jezus, skutecznie prowadził mnie za rękę przez całe życie. Widzę, że wszystkie przełomy: wychowanie w katolickiej rodzinie, pójście na spotkanie duszpasterstwa, zaangażowanie w wolontariat, nawrócenie… to skutek Jego czułego i delikatnego dotyku, który kieruje człowieka na właściwą ścieżkę. Teraz czuję się skierowany na dwuletni wyjazd misyjny. Panie Jezu, Ty wszystko wiesz. Jestem twój. Prowadź, będę podążał!

Bartlomiej Tumiłowicz, ŚMK

Być misjonarzem przez cały czas

LMC Polonia
Świecka Misjonarka Kombonianka

W połowie marca, wraz z Eweliną miałyśmy wyjechać na misję do Peru, aby przez kolejne dwa lata mieszkać na obrzeżach miasta Arequipa i pracować wśród najuboższych. Stało się jednak inaczej.

Dzień przed naszym wylotem zamknięte zostały granice zarówno polskie jak i peruwiańskie, przez co nasz wyjazd nie mógł się odbyć i nie wiadomo kiedy sytuacja ulegnie zmianie. Na początku myślałam, że to pewnie kwestia dwóch tygodni, a czekając douczę się hiszpańskiego i spędzę więcej czasu z rodziną. Teraz jednak wiem, że potrwa to dużo dłużej, a pobyt tutaj, nie mogę traktować jedynie jako czas oczekiwania i przygotowywania się do misji. Uświadomiłam sobie, że właśnie tu i teraz jest moja misja.

W końcu nie stajemy się misjonarzami w dniu, w którym wyjeżdżamy i przestajemy nimi być, kiedy wracamy. Jesteśmy nimi cały czas, bez względu na to gdzie jesteśmy i co robimy. Jest to coś, co teoretycznie zawsze wiedziałam, ale dopiero w ostatnich dniach szczególnie to sobie uświadomiłam. Myślę, że nawet trudniej jest być misjonarzem w swoim kraju, ponieważ wyjeżdżając jedziemy oficjalnie, by głosić o Bogu w krajach, w których nigdy o Nim nie słyszano lub tamtejsza wiara jest dopiero w zalążku.

A po co misjonarz tutaj, w naszych domach, wśród znajomych czy w pracy. Wśród ludzi, którzy od małego znają prawdy wiary, chodzą do kościoła i obchodzą święta chrześcijańskie. Niestety i wśród tych ludzi, jest wiele osób które nigdy nie poznały Żywego Boga, nie doświadczyły Jego Miłości lub spotkały Go, ale nie wiedziały, że to On. Bycie misjonarzem wszędzie polega na tym samym, bez względu na to czy jesteśmy w Polsce, w Afryce czy w Peru. Mamy nieść Boga wszędzie tam, gdzie jesteśmy i dzielić się Jego Miłością ze wszystkimi, których spotykamy. Nie sztuką jest opowiadanie o Bogu, o tym jaki jest dobry i jak bardzo nas kocha. Dużo trudniej jest pokazać to poprzez świadectwo naszego życia. Aby móc to zrobić, najpierw sami musimy Go poznać, a najlepiej się kogoś poznaje przez spotkania z tą osobą i długie rozmowy. Dokładnie w taki sposób możemy też poznać Boga. Poprzez czytanie Jego słowa, adorację Najświętszego Sakramentu, czy przyjmowanie Go w Eucharystii. Prawdziwe poznanie i nawrócenie, nie są kwestią jednych rekolekcji, lecz całego życia. Poznajemy Go i nawracamy się każdego dnia na nowo. Obyśmy nigdy nie próbowali pokazywać innym kogoś, kogo sami nie znamy. Pamiętajmy że, misjonarzem nie jest tylko ten kto wyjeżdża na misje, ale jest nim każdy z nas, bez względu na to gdzie jesteśmy i co robimy. Ja każdego dnia uczę się jak być misjonarzem i popełniam przy tym wiele błędów, ale wierzę, że to w moich słabościach moc się doskonali.

Świecka Misjonarka Kombonianka

Agnieszka Pydyn, ŚMK Polska